Redakcja kurt.pl · aktualizacja 2026-07-05 · 9 min
Od czego zacząć z Nirvaną
Kolejność, w jakiej sensownie podejść do Nirvany, jeśli słyszałeś tylko »Smells Like Teen Spirit«. Sześć płyt, jeden koncert, jedna instrukcja obsługi.
Jeżeli znasz z Nirvany tylko „Smells Like Teen Spirit”, jesteś dokładnie tam, gdzie w 1992 roku była większość świata. Nic złego. Zła jest kolejność, w jakiej zwykle się potem tego zespołu słucha. Ludzie idą po chronologii, dochodzą do Bleach, słyszą trzy metalowe riffy pod rząd, wysiadają i mówią sobie: „no dobra, jednak przereklamowani”. To błąd. Chronologia w przypadku Nirvany jest złym przewodnikiem.
Poniżej moja wersja, testowana na kilku znajomych, którzy potem sami z siebie kupili winyle.
Krok pierwszy: Nevermind, ale nie od pierwszego utworu
Nevermind trzeba znać. To nie jest opcja, to jest wstęp. Tylko że jeśli włączysz płytę od góry, dostaniesz „Smells Like Teen Spirit”, czyli ten sam utwór, który słyszałeś sto razy w reklamie dżinsów, w filmie o latach 90., na weselu kuzyna i w zwiastunie serialu Netflixa. On już nie działa jak nowość, bo nie jest nowością. Puść płytę od utworu drugiego, czyli „In Bloom”.
„In Bloom” to piosenka o dokładnie tej sytuacji, w której jesteś: ktoś śpiewa refren, nie mając pojęcia, o czym jest. Kurt śmieje się z ludzi, którzy pokochali Nirvanę za bardzo powierzchownie. Po nim leci „Come as You Are” (delikatniejszy, Electro-Harmonix Small Clone na gitarze, ten unoszący się dźwięk), potem „Breed”, „Lithium”. Zrób sobie pierwsze słuchanie od drugiego utworu do końca, a „Teen Spirit” zostaw sobie na deser, jako ostatni track przed Endless, Nameless (tak, tam jest ukryty utwór po dziesięciu minutach ciszy; sprawdź, czy twoja wersja go zawiera, bo pierwsze tłoczenia z 1991 go nie miały).
Dlaczego to działa? Bo Nevermind jest płytą znakomicie napisaną, ale jej produkcja (Butch Vig, Andy Wallace przy miksie) jest bardzo wypolerowana. Ludzie zwykle albo kochają ten połysk, albo się na niego wściekają. Jak podejdziesz od strony „In Bloom”, słyszysz przede wszystkim piosenki, nie produkcję.
Krok drugi: MTV Unplugged in New York
Teraz Unplugged. Nagrany 18 listopada 1993 w Sony Music Studios na Manhattanie, wydany pośmiertnie w listopadzie 1994. Jedno ujęcie, bez dogrywek, z Pat Smearem na drugiej gitarze i Lori Goldston na wiolonczeli.
Powód, dla którego trafia tu, a nie na koniec: to najprostsze wejście w to, jak Kurt pisał melodie. Zdejmij dystorsję, zdejmij perkusję Grohla walącą jak w kamień, i zostaje coś, co brzmi jak folk. „About a Girl” (napisane w 1988, na Bleach, po sesji słuchania Meet the Beatles! przez trzy godziny; Cross o tym pisze) nagle wygląda na to, czym było od początku: piosenką popową z melodycznym mostem.
Do tego sześć coverów, w tym trzy Meat Puppets (z Currisami na scenie), Vaselines, Bowie i Lead Belly na koniec. Ten Lead Belly, czyli „Where Did You Sleep Last Night”, to jest ta wersja, o której Krist Novoselic powiedział potem, że wiedział, że coś się kończy. Zostaw ją na sam koniec sesji. Nie klikaj przewijania.
Krok trzeci: In Utero
Teraz jesteś gotowy na In Utero. Nagrany w lutym 1993 w Pachyderm Studios w Cannon Falls w Minnesocie, z Steve’em Albinim za konsoletą (Neotek Elite), za jego stałą stawkę 100 tysięcy dolarów i zero royalties. Dwa utwory, czyli „Heart-Shaped Box” i „All Apologies”, zostały potem zremiksowane przez Scotta Litta w Bad Animals Studios w Seattle na życzenie Geffen. Reszta to Albini w stanie prawie surowym.
Ta płyta jest po Nevermind dziesięć razy bardziej ostra, ale (i to jest sedno) nie jest trudniejsza. Melodie są równie mocne, tylko sposób ich podania jest inny. Kiedy dojdziesz tu po Unplugged, „Dumb” brzmi jak dalszy ciąg tego samego pomysłu, tylko zaaranżowanego szerzej.
Zwróć uwagę na perkusję Grohla: Albini ustawił ją siedmioma mikrofonami i jednym PZM przyklejonym gaffą do sufitu. Słychać pomieszczenie, słychać powietrze. Kompresor nie tknął tego brzmienia.
O tym mamy osobny tekst, dlaczego In Utero brzmi tak jak brzmi, więc tu nie rozwijam.
Krok czwarty: Incesticide, ale w tle
Incesticide wyszedł w grudniu 1992 jako składanka B-side’ów, sesji Peela i wczesnych demówek. Nie słuchaj go jak albumu, bo albumem nie jest. Traktuj go jak archiwum. Trzy rzeczy stąd musisz znać:
- „Sliver”, singiel z lipca 1990, nagrany między sesjami z Chadem Channingiem w Reciprocal, historia dzieciaka zostawionego u dziadków. Piosenkowo idealna.
- „Aneurysm”, jeden z najlepszych rzeczy, jakie Kurt kiedykolwiek napisał, moim zdaniem lepszy od kilku rzeczy z Nevermind. Sesja BBC, styczeń 1991.
- „Been a Son”, dwie minuty melodii, pomysł na piosenkę zapakowany do minimum.
Reszta może iść tłem, aż wejdziesz w to na tyle, że zaczniesz się interesować sesjami Peela z 1989 i 1990. Wtedy wrócisz.
Krok piąty: koncert (Reading ‘92 albo Paramount ‘91)
Nirvana była zespołem koncertowym, nie tylko studyjnym. Bez tego etapu ta lista nie działa.
Dwie propozycje, obie legalnie dostępne.
Reading 1992, czyli 30 sierpnia, headliner ostatniego dnia festiwalu, Kurt wjeżdża na scenę na wózku inwalidzkim w białym szpitalnym kitlu i blond peruce (to była kpina z tabloidów, które go właśnie umieszczały na odwyku). Grają praktycznie całego przyszłego In Utero na próbę, przemieszaną z hitami z Nevermind. Zestawienie „All Apologies” z jeszcze nieopublikowanej płyty na końcu, gdy publiczność krzyczy o „Teen Spirit”, to jest ten moment, dla którego się tego słucha.
Alternatywnie Paramount w Halloween 1991: 31 października, Seattle, kilka tygodni po premierze Nevermind, gdy zespół był jeszcze pod ciśnieniem świeżości. Ostrzejszy, szybszy, mniej ironiczny. Do wyboru: Reading pokazuje Kurta jako inteligentnego drania, Paramount pokazuje zespół jako maszynę do grania.
Krok szósty (opcjonalny): Bleach
Dochodzimy do Bleach. Debiut z czerwca 1989, Sub Pop SP 34, nagrany za 606,17 dolara u Jacka Endino w Reciprocal Recording w Seattle w grudniu 1988 i styczniu 1989. Perkusista: jeszcze Chad Channing, nie Dave Grohl. Basista: Krist Novoselic. Gitarzysta rytmiczny: Jason Everman (kredytowany, choć na płycie nie zagrał; wyłożył kasę na nagranie).
Bleach to nie jest zła płyta. To jest zła płyta na początek. Jeśli wchodzisz w Nirvanę od Bleach, będziesz miał wrażenie, że słuchasz drugoligowego zespołu z wpływem Melvins, Mudhoney i Black Sabbath, bo tak trochę brzmi ta płyta. Jeśli wchodzisz w Bleach po Nevermind, Unplugged i In Utero, słyszysz w niej „About a Girl” w otoczeniu utworów, które prowadziły do wszystkiego, co przyszło potem.
Trzy rzeczy z Bleach: „About a Girl”, „Blew”, „School”. Reszta dla zainteresowanych.
Czego nie robić na początku
Nie zaczynaj od bootlegów. Nie zaczynaj od With the Lights Out (2004) ani Sliver: The Best of the Box. Nie próbuj też od razu ogarniać całej sesji Fecal Matter (grudzień 1985, jedyna kaseta u ciotki Kurta, Mari Earl), bo to jest zabawa dla osób, które już się zakochały.
Nie zaczynaj też od dokumentów. Montage of Heck Morgena z 2015 to świetny film, ale robi zbyt duży nacisk na koniec, a to koniec, który ma sens dopiero, jak znasz środek.
Kiedy skończysz
Jeżeli po tej sekwencji wciąż masz ochotę na więcej (a spora część ludzi ma), jest cała drabinka dalej: sesje Peela, koncerty z 1991 na trasie Nevermind (Trees Club w Dallas, 19 października, jedna z najostrzejszych rzeczy), wczesne rzeczy z Aberdeen, potem cała historia label-hoppingu Sub Pop → DGC. Ale to już nie jest przewodnik dla nowicjusza, tylko normalne słuchanie zespołu.
Ten przewodnik ma cię tylko doprowadzić do momentu, w którym przestaniesz mówić „lubię Nirvanę” i zaczniesz mówić, którą Nirvanę lubisz. To jest zdrowe.
Źródła
- Michael Azerrad, Come as You Are: The Story of Nirvana, Doubleday, 1993
- Charles R. Cross, Heavier Than Heaven, Hyperion, 2001
- LiveNirvana: koncertografia, LiveNirvana